Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autor. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 maja 2012

Rozdział I - ciąg dalszy opowieści


Po krótkim czasie wstawiam dalszą część mojej opowieści, która dzieje się nadal w pierwszym rozdziale. Życzę miłej lektury! :)


###


Już po tygodniu każdy władca postanowił coś w sprawie Lyrathi. Niewielu zgodziło się na pomoc atakowanemu królestwu, ze względu na niechęć odczuwaną do władcy lub brak sił militarnych. Wśród tych państw znalazł się między innymi Denarg, Soledd, Brugge i Aria. Koriv i Anfalas jako jedyne zgodziły się na pomoc militarną Lyrathi. Jak mówiły pogłoski, król morskiego kraju  również poprosił o pewną kwotę pieniężną,  której jednak nie otrzymał, mimo licznych próśb.  Nie minęło kilka dni, a Anfalas, kraj znany z produkcji naprawdę świetnych statków, wysłał je, by broniły przed atakiem najeźdźców wybrzeż pobliskiego sojuszniczego państwa.  


 ###


  
 
 
- Miasto na horyzoncie! – Krzyknął doniośle mężczyzna z bocianiego gniazda wskazując w stronę lądu, gdzie natychmiast skierował się statek wraz z resztą okrętów.  Im bliżej byli, tym wyraźniej widać było budynki miasta, a także rysy odleglejszego zamku. Po krótkim czasie 13 galer przybiło do przystani, skąd na ląd wyszli wojownicy odziani w stalowe zbroje, mający przypięty do pasa miecz i trzymaną w dłoni tarczę, na której widniało godło kraju – Lew w koronie na niebieskim tle. Po chwili przed miastem zaroiło się od zbrojnych rycerzy, a było ich niemało. Około 200 mężczyzn, z czego 50 zostało na pokładach swych statków. Anfalanscy zbrojni pod wodzą dowódcy, Carthrewa, uzbrojonego w piękną zbroję o czarnym kolorze. Takiego koloru były też jego włosy.  Ruszyli po brukowanej drodze wiodącej przez miasteczko. Miasto było już puste czyli król już uwinął się z ochroną swych poddanych. I bardzo dobrze. – Pomyślał Carthrew. W pewnej chwili zatrzymali się przed zamkową bramą, gdzie stała dwójka wartowników, która zawołała do swych towarzyszy, w rozkazie otworzenia bramy. Otworzyła się, wpuszczając ich do środka. Dowódca rozkazał udać im się na mury, a sam powiódł do sali tronowej, w której znajdował się władca miasta. Wszedł do sali, spojrzał na króla, który był w gotowym rynsztunku. Nie miał hełmu, gdyż jego miejsce zajmowała złota korona. Czarnowłosy wódz ukłonił się z szacunkiem, po czym rzekł do królewskiego majestatu.
- Witam ciebie królu Darkonie, zjawiłem się, by wspomóc cię w imieniu mojej królowej w walce ze wspólnym nieprzyjacielem. Moi żołnierze czekają już w gotowości na murach. Rozkazuj.
- Dajmy spokój tym formułkom. – Machnął niedbale ręką król Lyrathi, dając do zrozumienia, by nie zaprzątać sobie tym głowy. – Czas nas goni, a nieprzyjaciel już zbliża się do miasta. – Spojrzał w brązowe oczy dowódcy. – Jak pewnie zauważyłeś, zająłem się mieszkańcami miasta. Są bezpieczni w schronach. A teraz chodź ze mną na mury.
- A taktyka, panie? – Zapytał czarnowłosy porucznik.
- Taktyka? Całą zaplanowaną taktykę mam w mały palcu. A teraz chodź, żołnierze się niecierpliwią, młody poruczniku.


###


Król wpatrywał się cały czas w jeden punkt. Czekał skupiony. Obok króla stał najwyraźniej zaraz po władcy najważniejsza osoba w całym tym gronie, która wydawał głośne rozkazy żołnierzom. Chyba za głośne.
- Cholera, Cedrik, nie wrzeszcz mi do ucha! Idź sobie pokrzycz o kilka metrów dalej, ja myślę!
- Wybacz panie. – Powiedział speszony generał wojsk lyrathiańskich, który oddalił się nieco od zamyślonego króla, powracając do swej głośnej czynności.
Carthrew stał w otoczeniu swoich żołnierzy i przypatrywał się wykonywanym rozkazom przez chłopów. Chłopi roznosili naczynia z ogniem dla łuczników, by mogli zasypać wroga deszczem ognia. Dobry pomysł, o ile nie będą uzbrojeni w tarcze. – Pomyślał. Dostrzegł także, jak z pobliskiego kamieniołomu większa grupa plebsu zajęta była zaopatrzeniem  onagera znajdującego się na jednej z obszernych wież w swego rodzaju ,,drobne” kamienie. Dostrzegł jeszcze parę rzeczy i miał wrażenie, że król przygotował się chyba na odparcie całego wojska południa. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Wszyscy żołnierze i wodzowie włączając w to pokrzykującego Cedrica stali na murach i wieżach wyczekując na przybycie Khanu. Było bardzo ciepło i dzień nadawał się w sam raz na długi spacer po lesie.
Zagrały rogi, ciche o złowieszczej tonacji. Minęła godzina. Usłyszeli ponownie złowieszczą melodię rogu. Tym razem blisko. Pierwsze oddziały już się pojawiły na brukowanej drodze.
- Sięgnąć po strzały! – Krzyknął Cedric, patrzący na formujące się wojska. Na przodzie znajdowali się tarczownicy. Niedobrze.
- Zapalić groty strzał! – Rozkazał generał. – Nałożyć strzały na cięciwy! – Podniósł rękę do góry. – Na mój znak… - Spojrzał na wieżę, kiwając głową do tamtejszych żołnierzy, którzy uruchomili już mechanizm, wystrzeliwując w stronę oddziału kamienie. Kamienie zmiażdżyły kilku tarczowników i kilku żołdaków za nimi, dzięki czemu powstało małe zamieszanie wśród szyków. Wykorzystał to generał.
- Strzelać!
Ponad trzysta strzał uwolniło się od cięciw. Około stu utkwiło w ciałach południowców, przez co cały oddział praktycznie poszedł w rozsypkę, przeżyło być może tylko kilka osób, które teraz jak oszalałe wrzeszczały z bólu i od ran zadanego przez ogień. Po chwili pojawił się drugi oddział, składający się zaledwie z tarczowników. W ślad za nim poszły złożone z takiej samej jednostki trzy oddziały. Drugi został stracony w podobny sposób co pierwszy, tylko że w tym nie przeżył ani jeden żołnierz. Pozostałe dwa zbliżyły się w bezpiecznej odległości od murów, a także w takiej odległości, aby onager nie mógł ich dosięgnąć. Spośród wrogich blokad w postaci tarcz wyjawili się łucznicy, którzy oddali jedną salwę, by zaraz się skryć. Powtarzali ten cykl dość często i nieregularnie, dzięki czemu pozbyli się kilkudziesięciu ludzi na murach. Król postanowił wezwać jazdę, która ukryła się w lesie za zamkiem. Jazda nabrała mocnego impetu, wpadając jak błyskawica na tarcze ludzi z pustyni. Kawaleria, mimo silnego oporu, przedarła się przez szeregi wroga, po chwili wracając do lasu, dając tym samym możliwość dobicia wroga ogniem i strzałami. W tym czasie pustynni ludzie przywlekli ze sobą dwie balisty. Dość spore, solidnie wykonane. Jeden z pobliskich żołdaków uruchomił mechanizm, uwalniając wielki bełt, który zdruzgotał obszerną wieżę, pozbywające się też dwóch tamtejszych łuczników. Jednak tamtejszy onager pozostał jeszcze sprawny do działania. Zanim udało się jednak uwolnić kamienie, dwa gigantyczne bełty zrujnowały wieżę, usuwając wszystkich tamtejszych ludzi i machinę, Nikt nie zdołał uciec przez śmiercionośnymi bełtami. Gruzy spadły wokół zasypując także najbliższy odcinek murów. Tam też byli ludzie, a dokładnie oddział z Anfalas. Jednak większa część zdołała zejść z murów po schodach przez niebezpieczeństwem.
- Zejść z murów! Przejść do twierdzy! Do twierdzy! – Krzyczał król, a Cedric od razu włączył się do wtóru. Wszyscy z wielką chęcią zaczęli kierować się do zalecanego miejsca. Jednak bełty nie pozwoliły na to wszystkim. Spora część została zmasakrowana przez bełty i gruzy z wieży, które nagle zaczęły ponownie spadać wokół przez ostrzał balist. Wszędzie panował zgiełk, krzyk i wrzawa. Lała się krew, leciały kończyny. I ludzie. Przebiegli pośpiesznie drogę do bramy twierdzy, w obawie, że dosięgną ich złowrogie pociski. Bramę otworzyli żołnierze króla, zamykając ją, kiedy wszyscy znaleźli się w twierdzy.
- Całą taktykę szlag jasny trafił. – Zaklął król ponurym głosem. – Panowie, plany się zmieniły. Będziemy się bronić tu, w twierdzy. Niech łucznicy i kusznicy zajmą pozycje przy oknach. Jestem pewien, że te hieny będą próbować wyważyć bramę. Reszta – zostaje ze mną przy bramie. Jeżeli się nie uda strzelcom, musi udać się nam.
 

środa, 2 maja 2012

Trochę własnej twóczości...


Witam ponownie po bardzo długiej przerwie i na wstępie przepraszam za opóźnienia dotyczące wpisu, a dokładnie części mojego opowiadania, które właśnie dzisiaj zacząłem pisać. Mam nadzieję, że chociaż po części opowiadanie przypadnie Wam do gustu. Postaram się, aby każdy kolejny rozdział i wpis był coraz to przyjemniejszy w czytaniu.
Rozdział I

- Piękny dzień się nam zapowiada.  Jeżeli pogoda nie zmieni się na najbliższe dni, to wybiorę się gdzieś z moimi dzieciakami. Dzisiaj mamy środę… Ej, Thared, kiedy szef odpuszcza nam warty?  
- Zmiana warty nastąpi pojutrze i w sobotę. Cosik mi się zdaje, że szefuncio chciał nam zrobić na złość, bo według czarodziejskich prognoz mają być same burze na te dni, że ani wychylić nosa zza drzwi! – Odrzekł ponuro Thared.
- Ty i ci twoi brodaci przebierańcy. Mówiłem, żebyś nie wydawał pieniędzy na te bzdety, a teraz miast chleba obgryzasz ściany swojej chałupy, ot co! – Odparł niższy.
- Mi doradzasz, a sam przez własną głupotę żeś  o mały włos nie spadłeś na dno.  Jak trzeba być głupim, by powierzyć swoje pieniądze jakimś ludziom z przypadku! Idiota!
Niższy strażnik nie wytrzymał. Odrzucił włócznię na bok, nie myśląc o przykrych konsekwencjach, jakie jego spotkają. Zresztą nie tylko jego. Rzucił się z pięściami, uderzając boleśnie w twarz wyższego mężczyznę. Uderzony cofnął się na parę kroków, po chwili otrzymując kolejny cios w to samo miejsce.  Tym razem jednak nie cofnął się, tylko wykonał kontratak. Pchnął go potężnie drzewcem włóczni w brzuch, aż do tego stopnia, iż ten drugi padł na ziemię skulony trzymając się za brzuch. Był wściekły. Pragnął dokładki  dla tamtego, jednak nie zdołał już wykonać żadnego ruchu. Padł jak kłoda na blanki, by po chwili spaść z hukiem na ziemię. Skulony to widział i rozpoznał khanyjską strzałę.

###

- Panie, według mnie powinniśmy zaczekać na dalsze ruchy Khanu, gdyż jak dobrze wiemy, brzegi Lyrathi są pod ciągłymi atakami ze strony tegoż państwa. Nic w tym dziwnego, skoro sami sobie na to zapracowali, mój królu. – Spojrzał na władcę, który niewiele z tego rozumiał, oceniając po jego mimice twarzy. -  Kilkadziesiąt lat temu,  kiedy koronę Lyrathi nosił Hallif II, kraj ten był wtedy niezwykle bogaty gospodarczo i militarnie, a to za sprawą złota, jakie wtedy wtedy owy kraj trzymał w skarbcu. Pewnie waszej miłości nasuwa się pytanie: skąd zdobyli to złoto? Rację bytu w dzisiejszym świecie zawdzięczają wyprawom mającym na celu grabienie państw południowych. Nie minęło kilka lat, a pojawił się człowiek, który położył kres najazdom.  Niszczył każdą galerę, jaka przybywała z wojskiem, doszczętnie pozbywając się ogniem statku, a także załogi. Król, który nagle uświadomił sobie powagę problemu, zwołał naradę wojenną.  Z wszystkimi żołnierzami, jakimi Lyrathia posiadała, wyruszył na ostateczne pozbycie się awanturników. Tamci byli już o tym powiadomieni, jednak za późno. Ludzie południa stracili praktycznie wszystko.  Hallif zajął znaczne obszary Voronvu, dawniejszego państwa południa.  Zostawił połowę wojska, a z drugą wrócił do kraju, gdzie po kilku latach panowania zmarł na niewyjaśnioną do tej pory chorobę.  Wtedy zapanował nowy król, dosyć nieudolny i tchórzliwy. Wykorzystali to południowcy, którzy cały czas byli pod zaborami morskiego państwa. W ten sposób powstało nowe, ogromne i potężne dziś znane państwo – Khan, które zapewne postanowiło odegrać się Lyrathiańczykom za tamte dni. Królu, według mnie nie powinniśmy mieszać się do nie naszych spraw, poza tym niemądrym posunięciem byłoby uszczuplać siły zbrojne. Trwamy w wojnie,  wschodnie plemiona dają się nam we znaki. Musimy myśleć o sobie w tych niespokojnych czasach, inaczej prędzej czy później Denarg zostanie usunięty z map.
Król spojrzał na widok, który rozciagał się za oknem.  Stolica Denargu, Tregor, była bardzo zaludnioną stolicą. Wszędzie prowadzono rozmowy,  śmiano się i pito. Ludzie kochali swego króla, który stawiał sobie jakość życia mieszkańców królestwa wysoko.  Bronił ich, kiedy w lasach bandyckie grupy napadały na przejezdnych.  Troszczył się, kiedy ludzie głodowali i chorowali. A teraz… Miał narazić ich na ogromne niebezpieczeństwo, jakie uderzało do nich z zachodnich gór i Północy.  A on był wrażliwym królem, nie ścierpiał, gdyby jego ludowi działa się krzywda. Po prostu. Spojrzał na swego doradcę, kiwając głową.
- W tych niespokojnych czasach trzeba dbać o siebie i swoje królestwo. Dobro królestwa przede wszystkim.
____________________________________________________________________________

A pro po opowiadania - zachęcam do wzięcia udziału w konkursie na najlepsze opowiadanie o tematyce fantastycznej. Wszystkie szczegóły dotyczące konkursu znajdują się na www.gospoda-pod-zielonym-smokiem.phorum.pl

niedziela, 4 marca 2012

Kilka słów o mnie...

Nazywam się Robert Gemza, mam lat 13 i mieszkam w Rywałdzie, gdzie uczęszczam do tamtejszej szkoły. Ten blog zostanie poświęcony mojemu zainteresowaniu jakim jest gatunek fantasy. Lubię wszystko co tylko jest z tym powiązane, czyli książki, gry (nie tylko te komputerowe ;>) , filmy itp. Od kiedy mnie to interesuje? Od 6 roku życia, już wtedy miałem kolekcję kart związaną z "Władcą Pierścieni" :) Dopiero wtedy, gdy skończyłem 10 rok życia zacząłem "na poważnie" interesować się gatunkiem fantasy. 27 stycznia 2012 roku w Gdańsku na AWFIS miałem możliwość za prezentować się i opowiedzieć trochę o moim hobby. Na tym blogu postaram umieszczać ciekawostki jak i wiele informacji na temat tego co lubię - czyli gatunku fantasy, mam nadzieję, że moja praca Wam się spodoba :)
Pozdrawiam, Robert Gemza.